Około 600 hektarów w okolicach Gryfic, produkcja roślinna z niewielkim stadem Hereford i podział obowiązków, w którym każde z małżonków odpowiada za swoją część gospodarstwa. Anna i Jakub Czernieccy, członkowie naszego Stowarzyszenia, opowiadają o drodze z bankowości na farmę, o prowadzeniu gospodarstwa w duecie i o tym, co dziesięć lat praktyk rolnictwa zrównoważonego zmieniło w ich glebie.

Zacznijmy od początku. Czym dziś jest wasze gospodarstwo i jak do niego doszliście?
Anna i Kuba: Gospodarstwo, które prowadzimy wspólnie, ma ok. 600 ha 580 ha to grunty orne. Pozostała część to łąki. Profil gospodarstwa to produkcja roślinna – zboża, rzepak, kukurydza oraz ziemniaki. Hobbystycznie mamy małe stado Hereford. Liczy ono 15 krów plus urodzona wczoraj jałóweczka (śmiech). Dodatkowo w trakcie realizacji jest projekt dywersyfikacji – rozszerzamy działalność o profesjonalny profil zwierzęcy i budujemy chlewnię.
Z rolnictwem związany był Kuba. Jego tata, dziadek i kilka pokoleń wstecz – wszyscy związani byli z rolnictwem. Po studiach, gdy ciężko było podjąć decyzję, czy wracać do Gryfic, gdzie położone jest gospodarstwo, czy zaczynać karierę w bankowości w Warszawie, zdecydowaliśmy, że spróbujemy jedną nogą być w Gryficach, a drugą w Warszawie. Te 15 lat
temu było to możliwe, bo gospodarstwo liczyło 120 ha i tata Kuby wciąż był ogromnym wsparciem. I tak to trwało prawie 10 lat: praca na pełen etat w Warszawie, a każde wakacje i długie weekendy – praca w gospodarstwie.
Jednak, gdy osiągnęło 400 ha powierzchni i rozpoczęliśmy uprawę ziemniaka, wiedzieliśmy, że dłużej nie da się budować kariery w finansach i efektywnie rozwijać gospodarstwa. W 2021 roku zapadła decyzja o przeprowadzce. Kuba od razu porzucił bankowość, ja jeszcze przez dwa lata pracowałam zdalnie i wdrażałam się w pracę na gospodarstwie. Teraz oboje pracujemy w gospodarstwie i każdy ma swoją część, za którą jest odpowiedzialny.
Jak dzielicie się obowiązkami i jak to godzicie z życiem prywatnym?
Kuba planuje uprawy na kilka sezonów do przodu, pilnuje kondycji roślin, zarządza produkcją w terenie. Odpowiada za jakość końcowego produktu. Ja odpowiadam za kontakty z urzędami, papiery, wnioski, certyfikację, księgowość, HR. Jest tego bardzo dużo, biorąc pod uwagę ciągle rosnące wymagania i nieustanne zmiany w przepisach.

A poza tym wszystko jest kwestią organizacji i dobrze poukładanego dnia. Mąż pracuje w terenie, ja głównie w domu albo jeżdżę na spotkania. Wiosna, lato i jesień to czas, gdy ja zajmuję się dziećmi i domem. Zimą role się odwracają. Pracy Kuby, która uzależniona jest od pogody, nie da się odłożyć na później. Moje obowiązki są bardziej elastyczne i raczej dostosowane do domowego kalendarza. Do dokumentów czy faktur z powodzeniem można usiąść o każdej porze dnia. I nocy.
Czy taki model prowadzenia gospodarstwa to już nowa norma w rolnictwie?
Myślę, że już na naszym przykładzie widać zmianę. Prowadzenie gospodarstwa to nic innego jak prowadzenie firmy. Przy znacznym areale upraw ciężko jest jednej osobie efektywnie zarządzać uprawami i pilnować spraw urzędowych. Przy obecnej ilości dokumentów, które trzeba ciągle uzupełniać, jest to raczej nierealne.
Mając doświadczenie w zarządzaniu w korporacji, Ania spełnia się teraz w zarządzaniu w mikroskali. Wprowadza korporacyjne zwyczaje: mamy owocowe czwartki (śmiech), dzieci pracowników otrzymują prezenty na Dzień Dziecka czy Mikołaja. Odkąd działamy razem, wszystko jest poukładane. Minusem jest to, że praca jest ciągle obecna – praktycznie każda rozmowa kończy się na niej. Ale tę zmianę widać nie tylko u nas. W naszym regionie jest co najmniej kilka gospodarstw prowadzonych w podobnym modelu. Kiedyś było to nie do zaakceptowania.

Co dziś jest dla was największym wyzwaniem?
Obecnie skupiamy się na dwóch aspektach. Po pierwsze, z dzisiejszej perspektywy dużych i niedających się przewidzieć cen paliw, nawozów czy innych środków do produkcji, niezwykle istotne jest zarządzanie kosztami. Utrzymanie opłacalnej produkcji roślinnej jest nie lada wyzwaniem. Po drugie, dywersyfikacja. Globalne ocieplenie, zmiany klimatu, susze, a w konsekwencji plony, których nie da się przewidzieć, ugruntowały nas w przekonaniu, że bez znalezienia innego źródła dochodu nie ma mowy o stabilnym rozwoju gospodarstwa w przyszłości. A plany mamy duże.
A na co dzień numerem 1 jest oczywiście pogoda. Klimat województwa zachodniopomorskiego nie rozpieszcza. Bardzo suche wiosny, które są ogromnym stresem nie tylko dla nas, ale i dla roślin, spędzają nam sen z powiek. Prowadzenie gospodarstwa w sposób regeneratywny pozwala złagodzić skutki suszy, jednak w optymalnym wzroście roślin nic nie jest w stanie zastąpić opadów deszczu.

Od czego zaczęła się u was regeneracja i co dała gospodarstwu?
Rolnictwo zrównoważone, a w zasadzie jego elementy, zaczęliśmy wprowadzać już 10 lat temu – nie znając oczywiście tego terminu. Początkowo była to uprawa bezorkowa, następnie wprowadzenie międzyplonów i trzymanie okrywy zielonej na polach przez możliwie cały rok. Badania gleby pozwoliły poznać jej zasobność w składniki odżywcze, a co za tym idzie, mądrze ją nawozić. Precyzyjna uprawa to kolejny krok, tak niezbędny w rolnictwie zrównoważonym.
Po tych 10 latach widzimy poprawę gleby. Są pola, gdzie gleba zdecydowanie poprawiła swoje właściwości sorpcyjne – potrafi efektywniej magazynować wodę. Tak naprawdę ostatnie 2 lata pokazały, że rolnictwo zrównoważone pozwoliło nam nieznacznie obniżyć koszty produkcji. Mamy na myśli koszty nawozów oraz paliwa. A w dobie galopujących cen tych środków produkcji to kluczowe.
A co daje wam członkostwo w Stowarzyszeniu?
Stowarzyszenie to głównie kopalnia wiedzy i doświadczenia w jednym miejscu. Eksperci zaangażowani w Stowarzyszeniu służą pomocą i chętnie dzielą się doświadczeniem. Platformy e-learningowe dają doskonałą sposobność zgłębienia tematu rolnictwa zrównoważonego. A to nie wszystko. Ostatnio, dzięki udziałowi w programie mentoringowym Fundacji Agro Woman (partner strategiczny Stowarzyszenia – przyp. red.), uzyskałam certyfikat z zakresu ESG w ramach systemu certyfikacji wiedzy ASAF. W najbliższej przyszłości chcemy certyfikować całe gospodarstwo.”
Przejęliście gospodarstwo od poprzedniego pokolenia, a sami macie duże plany. Jak patrzycie na sukcesję i co poradzilibyście tym, którzy dopiero myślą o prowadzeniu gospodarstwa?
Doskonale widać to na naszym przykładzie. Pierwsze 120 ha ziemi należało do taty Kuby. Przekazał je nam w zarządzanie, pozostając jednocześnie aktywnym rolnikiem. Jednak wszystkie decyzje operacyjne należą do nas. Tata służy radą i ogromnym doświadczeniem. U nas sprawdza się to w 100%.
Jednak wiele przykładów pokazuje, że z tą sukcesją jest jak w serialu „Sukcesja”. Starsze pokolenie nie tak łatwo chce oddać stery, zniechęcając młodych do rolnictwa. I tutaj tkwi problem. Znamy takie przypadki. Młodzi, nie mogąc porozumieć się z ustępującym pokoleniem, emigrują do miast i tam zaczynają życie, zapominając o rolnictwie.
A rada? Prowadzenie gospodarstwa to nic innego jak prowadzenie firmy. Trzeba znać się na rolnictwie, produkcji, finansach, zarządzaniu ludźmi. Trzeba liczyć koszty, tu nic nie można zostawić przypadkowi. Trzeba być elastycznym. No i zdecydowanie wygrywa myślenie długoterminowe. A prowadzenie gospodarstwa w duecie to, w naszym przypadku, ogromny plus. Polecamy w 100% (śmiech).
Dziękujemy za rozmowę.