Hodowca nie może znać się na wszystkim

Agrotechnika, weterynaria, dobrostan, przepisy i rachunek ekonomiczny wymagają dziś wiedzy tak wyspecjalizowanej, że jeden człowiek jej nie obejmie. Na tym opiera się rola doradcy: ktoś zna jeden wycinek produkcji na tyle dobrze, żeby hodowca nie musiał znać go sam. Katarzyna Ilków, członkini naszego Stowarzyszenia, doradza hodowcom drobiu w zakresie warunków utrzymania stad i ekonomiki cyklu produkcyjnego.

Jak zostaje się doradcą rolnym?
W moim przypadku – wcale nie od własnego gospodarstwa. Rolnictwo, produkcja żywności i cały łańcuch, który za nimi stoi, były obecne w moim życiu zawodowym od samego początku. Przez wiele lat pracowałam w środowisku korporacyjnym, w międzynarodowych i rodzimych przedsiębiorstwach, ale zawsze związanych z sektorem food & agro.

Ważne były też rozmowy w domu. Mój mąż jest lekarzem weterynarii i również od lat jest związany z tym sektorem. Rozmawialiśmy o tym, jak bardzo zmieniła się produkcja zwierzęca, szczególnie drobiarska. Ogromny postęp dokonał się w genetyce, żywieniu, weterynarii, wyposażeniu obiektów i zarządzaniu stadami. Jednocześnie widzieliśmy problemy, które mimo tego postępu pozostawały nierozwiązane. W pewnym momencie doszliśmy do prostego wniosku: zamiast tylko o tych problemach rozmawiać, spróbujmy je rozwiązywać.

Uwagę zwrócił nam jeden z najbardziej podstawowych elementów środowiska życia ptaka, czyli ściółka. Zwierzę spędza na niej praktycznie całe życie, a przez lata traktowano ją głównie jako materiał eksploatacyjny i kolejny koszt produkcji. Zaczęliśmy patrzeć na nią szerzej: jako na element, który wpływa na warunki utrzymania ptaków, ich dobrostan, zdrowotność i bezpieczeństwo produkcji, ale też na nakład pracy hodowcy i ekonomikę całego cyklu.

To nauczyło mnie szerszego patrzenia na zrównoważenie. Nie zawsze potrzebna jest wielka rewolucja technologiczna. Czasami trzeba przyjrzeć się elementowi, który traktowano jako oczywisty, i zastanowić się, czy da się nim zarządzać lepiej.

Jak wygląda Pani praca z hodowcami?
Nie prowadzę własnego gospodarstwa i warto to jasno powiedzieć. Jestem natomiast bardzo blisko producentów i samej produkcji. Na co dzień spotykam się z hodowcami drobiu i doradzam w produkcji brojlerów, indyków i niosek. Rozwiązania, które proponuję, sprawdzam w rzeczywistych warunkach produkcyjnych, między innymi w dzierżawionych obiektach drobiarskich, dzięki czemu widzę, jak zachowują się przez cały cykl.

Często razem z hodowcami rozkładamy ściółkę. Później wracam na fermę, obserwuję jej zachowanie, warunki w obiekcie i wzrost ptaków. Jestem z hodowcami w stałym kontakcie, dlatego szybko dowiaduję się, jeśli pojawia się problem albo coś wymaga zmiany.

Dużą częścią mojej pracy jest doradztwo dotyczące tego, jak prowadzić hodowlę dobrze, ale możliwie ekonomicznie. Patrzę na koszty weterynaryjne, nakład pracy, warunki utrzymania zwierząt i cały przebieg cyklu.

Rolnictwo bardzo szybko weryfikuje teorię. Można przygotować doskonałą prezentację i świetnie opisać rozwiązanie, ale ostateczny test odbywa się w kurniku. Dopiero tam widać, czy działa i czy hodowca ma z niego korzyść.

Co jest dla Pani głównym kryterium, kiedy proponuje Pani hodowcy zmianę?
Praktyczna użyteczność. Jeżeli proponuję zmianę, muszę potrafić odpowiedzieć na proste pytanie: co ona daje.

Produkcja drobiarska jest dziś wymagającym biznesem. Rosną koszty pracy, energii i weterynarii, a jednocześnie rosną też wymagania dotyczące jakości, bezpieczeństwa i dobrostanu zwierząt. Dlatego nie przeciwstawiam dobrostanu ekonomii. Interesują mnie te rozwiązania, w których jedno wspiera drugie.

W rozmowach z hodowcami patrzę na cały rachunek, a nie na cenę jednej pozycji. Warunki w budynku, ściółka, wilgotność, wentylacja, zdrowotność ptaków, nakład pracy i zagospodarowanie materiału po zakończeniu cyklu są ze sobą powiązane. Jeżeli zmiana pozwala ograniczyć nakład pracy, ułatwia prowadzenie obiektu i pomaga utrzymywać właściwe warunki dla ptaków, jej wartość trzeba oceniać w takim szerszym kontekście.

Nie chcę przy tym obiecywać hodowcom cudów. Każda ferma jest inna, dlatego zmiany trzeba testować, obserwować i liczyć.

Nie chodzi o to, żeby pod hasłem dobrostanu produkować drożej. Chodzi o to, żeby produkować mądrzej.

Od czego radzi Pani zacząć hodowcy, który obawia się ryzyka i kosztów zmiany?
Nie zaczynam od rewolucji ani od dużej inwestycji tylko dlatego, że coś jest w danym momencie modne. Najpierw trzeba znaleźć rzeczywisty problem gospodarstwa. Gdzie tracimy pieniądze? Co zabiera najwięcej czasu? Gdzie pojawiają się problemy zdrowotne? Który element produkcji jest niestabilny? Co możemy poprawić w warunkach utrzymania zwierząt?

Potem trzeba wybrać jeden obszar, wprowadzić zmiany na kontrolowanej części produkcji i zmierzyć rezultat. Jeśli działa, można ją powtarzać i skalować. Rolnik nie potrzebuje kolejnego katalogu obowiązków pod nazwą zrównoważenie. Potrzebuje rozwiązań, które pomagają mu lepiej zarządzać gospodarstwem. Dlatego moja rada jest prosta: zacząć od problemu, nie od produktu.

Osobiście chcę dalej rozwijać rozwiązania odpowiadające na rzeczywiste problemy producentów, których efekty widać w warunkach produkcyjnych. Interesuje mnie dobrostan zwierząt rozumiany praktycznie, nie jako hasło marketingowe. W tym kierunku powinno iść też polskie rolnictwo: więcej danych, obserwacji, profilaktyki i technologii, ale przede wszystkim więcej współpracy między praktyką, nauką i biznesem.

Nie możemy też zapominać, jaki jest ostateczny cel tego procesu. Rolnik produkujący zboże, hodowca drobiu, lekarz weterynarii i firma dostarczająca rozwiązania dla gospodarstw są elementami jednego łańcucha, a na jego końcu znajduje się żywność i konsument. Dlatego chciałabym, żebyśmy rozmawiali nie tylko o tym, ile żywności potrafimy wyprodukować i za jaką cenę, ale też w jaki sposób ją produkujemy.

Korporacja dała mi doświadczenie i narzędzia, branża food & agro pozwoliła poznać rynek, a bezpośrednia praca z hodowcami pokazała, gdzie chcę tę wiedzę wykorzystywać.

Rok 2026 ro Międzynarodowy Rok Rolniczek FAO. Jak ocenia Pani rolę i wyzwania kobiet w rolnictwie i branży rolno-spożywczej?
Kobiety były obecne w rolnictwie od zawsze. Zmienia się przede wszystkim ich widoczność i rola. Coraz częściej są menedżerkami, przedsiębiorczyniami, specjalistkami i osobami podejmującymi strategiczne decyzje.

Sama przyszłam do tej branży z doświadczeniem z dużych organizacji i widzę, jak bardzo takie kompetencje, zarządzanie, organizacja, negocjacje, komunikacja czy umiejętność patrzenia na proces biznesowo, przydają się również w rolnictwie.

Nie uważam jednak, że powinniśmy budować sztuczny podział na kobiety i mężczyzn. W nowoczesnym rolnictwie decydować powinny wiedza, kompetencje i skuteczność. Chciałabym natomiast, żeby kobiety miały odwagę zabierać głos także w tych częściach branży, które przez lata postrzegano jako typowo męskie. Sama często rozmawiam z hodowcami o ekonomice produkcji, dobrostanie, warunkach w kurniku i rozwiązaniach technicznych. Liczy się to, czy rozumiesz problem i czy potrafisz pomóc go rozwiązać.

Co było powodem dołączenia do ASAF?
Możliwość spotkania ludzi, którzy patrzą na rolnictwo z różnych perspektyw. Zrównoważonego rolnictwa nie zbudujemy w jednym gospodarstwie, jednej firmie ani jednym środowisku. Potrzebujemy rolników, lekarzy weterynarii, naukowców, doradców, producentów technologii, biznesu i przetwórstwa. Każdy widzi trochę inny fragment tego samego łańcucha.

Szczególnie wartościowa jest dla mnie wymiana doświadczeń z praktykami. Rozmowa z osobą, która dane rozwiązanie już wdrożyła, zobaczyła jego efekty, ale też popełniła błędy, pozwala wszystkim rozwijać się szybciej.

Chcę też wnosić do tej dyskusji doświadczenia z sektora drobiarskiego. Zależy mi, żeby dobrostan, ekonomika i odpowiedzialna produkcja żywności były traktowane jako elementy jednego systemu, a nie trzy odrębne tematy.

Dziękujemy za rozmowę!